ROZDZIAŁ V Zerwałam się w jednej chwili z łóżka. Przełknęłam ślinę. Gdzie byłam i kim byłam? Zerknęłam na termometr. Gorączka spadła, jednak nadal czułam się zmęczona, kiedy szlam do stajni. Coś sprawiało, że wolałam leżeć w łóżku, nie przejmując się, nawet nie wiedząc co tak naprawdę się dzieje na Jorviku. Chciałam być zwyczajną Aixą, która chce tylko odkrywać piękno wyspy. Ale nie mogę. Po prostu to czuję. W stajni spotkałam swoją najlepszą przyjaciółkę, Jamilę. Czyściła kopyta swojego wierzchowca, Pixelplanet. - Hej Aixa - powiedziała, nie przestając skrobać kopyta. - Cześć - rzuciłam. Podeszłam do boksu mojego przyjaciela. Sięgnęłam po pudełko, w którym miałam wszystkie potrzebne rzeczy do oporządzania zwierzęcia. Siodło i czaprak położyłam ostrożnie na drzwiczkach od boksu. Ogłowie wisiało na ścianie. - Co to był za dziwny koń, o którym pisałaś? - spytała Jamila. - Nie wiem - powiedziałam, stając tyłem do niej. - Okej - moja przyjaciółka wzruszyła ramionami. Po czyszczeniu zabrałam się za siodłanie Magichorsa. Moje nogi wypełniała wata. Poruszałam się niepewnie, jakby to była moja pierwsza jazda. A to chyba była moja setna. Co się ze mną dzieje? Co się ze mną...? - Ałć! - wrzasnęłam, bo Magichorse stanął kopytem na mojej stopie. Jamila szybko przyszła mi z pomocą. Na szczęście skończyło się tylko na sporym siniaku. Wyprowadziłyśmy konie i wsiadłyśmy na nie. Czułam się jak początkująca. - Jedziemy razem na przejażdżkę? - zaproponowałam. - Jasne - zgodziła się Jamila. - Tylko nie na Półwysep Południowego Kopyta. - Okej. Ruszyłyśmy kłusem. Słońce ogrzewało nasze plecy. Byłyśmy szczęśliwe. Szczególnie ja. Wreszcie zapomniałam o dziwnym koniu. Miałam czas dla siebie. Gdy dojechałyśmy do Zielonej Doliny, usłyszałam tętent kopyt. Zaczęłam rozglądać się na wszystkie strony, ale niczego nie zobaczyłam. Mój wierzchowiec się spłoszył i zrzucił mnie. Odbiegł cwałem. - Nie! Czekaj! - krzyknęłam, ale Magichorse zniknął już za zakrętem. Zostałam sama. Znowu. Nigdzie nie widziałam mojej BFF, ani jej konia. Zniknęli, jak kamień w wodzie. Westchnęłam, i podniosłam się z ziemi. Otrzepałam bryczesy z piasku i ruszyłam ścieżką. Coś brązowego mignęło w lesie. No nie! Myślałam, że da mi spokój. Przede mną stał gniady mustang.